28 lutego, 2015

Kilka słów o miłości...


Tak jak obiecałam w kolejnym POŚCIE napiszę trochę o przygodzie, która zdażyła się mi i mojemu narzeczonemu. Nastawcie się kochani na długi POST, bo o historii mojej miłości mogę mówić długo... :)


Zapinajcie pasy, cofamy się do roku 2009.
Zjazd w Zatoniu niedaleko Drawska Pomorskiego Camp 2009 (Camp Zatonie-Chrześcijański obóz młodzieżowy organizowany co roku, w pięknym miejscu pod namiotami).  To właśnie tam się poznaliśmy. Miałam wtedy 17 lat i fiubziuździu w głowie. Poznała nas ze sobą kuzynka Matiego. Pierwsze wrażenie przystojny... choć nie w moim typie jakoś na początku nie przypadł mi do gustu. W tym czasie połowa chłopców była w moim typie... . Z tego co wiem Jemu również jakoś nie spodobałam. Uważał, że jestem zbuntowanym dzieckiem kwiatu, w szerokich spodniach z warkoczykami na głowie. Byłam mu obojętna. Przez całe dwa tygodnie spotkaliśmy się ze sobą kilka razy porozmawialiśmy i na tym się skończyło. Wymieniliśmy ze sobą tylko numery telefonów.


 To ja z tamtych czasów... jedyne zdjęcie jakie tylko miałam... 

Po Campie mieliśmy kontakt telefoniczny (do dzisiaj trzymam wszystkie smsy z tamtych lat są prze zabawne :) ), pisaliśmy ze sobą dość często. Zaimponował mi tym, że się "troszczył o mnie", był dla mnie bardzo miły, itd. Wtedy coś w moim serduchu drgnęło.... Spodobał mi się bardzo... Zauroczyłam się... Jak to bywa w romantycznych filmach, po obejrzeniu jednego z nich stwierdziłam: "A może powiedzieć mu o tym co do niego czuje?"
...Jak pomyślałam tak zrobiłam. Nie zważając na to, że dziewczynie pierwszej nie wypada mówić o swoich uczuciach na pierwszym zjeździe młodzieżowym (Z tego Campu), powiedziałam mu co do niego czuje. Odpowiedź...  "Przykro mi nic z tego nigdy nie będzie". Mały cios w serce, no ale nic szybko się otrząsnęłam i żyłam dalej....

Minęły dwa lata od naszej ostatniej rozmowy. Spotkaliśmy się na tym samym obozie. Zmienieni fizycznie i psychicznie. Z innym bagażem doświadczeń, ja po skończonej maturze z planami na przyszłość. Wcale miałam nie jechać na ten Camp, no ale pojechałam... W 2011 roku z moją mamą prowadziłyśmy kawiarenkę "Siódme Niebo", więc większą część czasu spędzałam właśnie tam. Nie w głowie mi były miłości,faceci i inne takie (nawet przed wyjazdem powiedziałam sobie : "nie chce mieć nikogo!").

                                          Kilka zdjęć naszej namiotowej Kawiarenki                                          







 Za to Matiemu jak na przekór odwidziało się.... Jak teraz wspominamy sobie ten czas, Mati mówi: "jak tylko Cię zobaczyłem to poczułem, że muszę zrobić wszystko,żebyś ze mną była". "Zmieniłaś się bardzo.... Z dziecka stałaś się zjawiskową kobietą". Mówię Wam czego On nie robił, żebym zwróciła na niego uwagę...:) To było piękne!
Dobrze wiedział, że kocham dzieci, że lubię się nimi zajmować, przebywać i bawić.( Na tym Campie była jedna z najpiękniejszych dziewczynek jaką tylko widziałam... ma na imię Zosia. Co się okazało, że Zosi mama to kuzynka Matiego...). Mati jeździł z wózkiem koło kawiarenki... mam tu dowód...
Wszystkie ciocie jakie tylko tam były, kobiety  w tym i  moja mama rozpływały się nad tym jak Mati opiekował się małą Zosią. Chodził z nią na spacery, zabawiał, trzymał na rękach... piękny widok... ma podejście do dzieci... ale wracając....
 Mati pytał się mnie czy wyjdę z nim na spacer, czy przejdziemy się gdzieś. Jak tylko nie byłam zajęta to wychodziłam na mały przemarsz.
 Na jednym z takich spacerów powiedział mi, że ładnie wyglądam.... z  dzieckiem dzieckiem.... już coś przeczuwałam "Aha nic z tego nie będzie :P"...




Tak mijały nam dni na obozie. Mati codziennie przychodził to z Zosią, a  to sam, pytając "czy w czymś nie pomóc?", czy po prostu posiedzieć w Kawiarence. Czas mijał, a ja w swojej głowie powtarzałam sobie, że nie chce z nikim być...choć serce powolutku chciało inaczej...

Pod sam koniec Campu w pamiętną noc Piątkową zostaliśmy sami w Kawiarence rozmawiając o różnych rzeczach. Szczerze nic nie pamiętam z tych rozmów, ale pamiętam jak leżeliśmy na "kanapie" i było nam ze sobą dobrze. To była jedna z tych pięknych chwil, która mogła trwać wiecznie, no ale... o 3 nad ranem robi się zimno...i żeby nie uświerknąć stwierdziliśmy, że pójdziemy do jego auta się trochę ogrzać. Byliśmy oboje tak zmęczeni, że jak tylko poczuliśmy ciepło od razu zachciało nam się spać.

 Słowa, które padły w aucie złamały moją barierę do bycia samej... Mati powiedział: "nie wiem czy kiedykolwiek będę miał możliwość podwieźć Cię autem pod dom, ale teraz podwiozę Cię pod namiot". Jak powiedział tak zrobił, a ja z uśmiechem na twarzy weszłam z impetem do namiotu budząc moją współlokatorkę i opowiedziałam jej wszystko od początku do końca tak jak teraz
Wam. To była nie przespana noc. Czekałam tylko na 6, żeby wejść pod gorący prysznic i zaczęłam szykowanie. Na co dzień się nie maluje ale tym razem zrobiłam wyjątek. Założyłam najładniejszą sukienkę jaką tylko miałam w torbie, zrobiłam sobie włosy i czekałam, aż zjawi się mój luby.... ale mogłam sobie czekać.... spał jak suseł... przechodząc obok jego namiotu tylko słyszałam jak sobie smacznie chrapie... . Ach no i całe szykowanie na nic....:P
Dzień po obozie wszyscy już się rozjeżdżali do domów. Wiedząc o tym, że szybko się nie zobaczymy, ponieważ Mati mieszka w Bytomiu, a ja w Warszawie, próbowaliśmy zatrzymać chwile.... złapaliśmy się po raz pierwszy za ręce jejciu jakie to było uczucie....




zdjęć ciąg dalszy


Dni mijały, a my ciągle ze sobą się kontaktowaliśmy. Serce aż drżało, a usta się śmiały na dźwięk smsów. Z moją mamusią liczyłyśmy...1....2...3...4...5...12! haha niesamowity! i to jeden po drugim!

Po miesięcznej rozłące udało nam się spotkać. Mati jadąc do swojej kuzynki i małej ślicznej Zosi do Gdyni zajechał do Warszawy... Spędziliśmy trochę czasu razem, a w związku z tym iż przyjechał ze swoimi siostrami (które jak się okazało są jego siostrami... znam je już od dawna i nie pomyślałam, że to jest rodzeństwo) trochę się krepowaliśmy(znaczy ja) trzymać się  za ręce. 

W chwili wyjazdu do Gdyni pożegnaliśmy się przytuliliśmy i pojechali. Po jakiejś dobrej godzinie ktoś puka do drzwi. Wiedząc, że nikogo z domowników nie ma ponieważ wyjechali zdziwiłam się.... patrzę przez okno... a tu Mati.....aż przetarłam oczy ze zdziwienia" jak to przecież od godziny są już w drodze do Gdyni!" ? Otwieram drzwi "Pati chciałem Ci tylko powiedzieć, że Cię kocham!" ....
Niesamowity....


Jesteśmy ze sobą już ponad 3 lata. Na każdym Campie w ostatnią sobotę odbywają się nasze rocznice chodzenia.







 nasza pierwsza rocznica








 druga rocznica




 Trzecia rocznica


Wszystkie fotografie wykonała: Agnieszka Kasprowicz- Kluska




Ale się rozpisałam....:D Do następnego POSTU <3



Może i Ty drogi czytelniku miałeś podobną historię i chciałbyś się ze mną nią podzielić. Napisz coś w komentarzu.
Buziaki <3

5 komentarzy:

  1. Pati, po 5 jest 6 a nie 12 :P
    Pamiętam te początki i to jak bardzo nie chciałyśmy jechać przez warszawę do gdyni... A Mati kombinował jak mógł :P
    Życie, życie jest nowelą... :P Następna rocznica będzie już ślubna! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha! :) zawsze byłam noga z matematyki...:P
      4 lata już minęły... Ile w naszym życiu się w tym czasie po zmieniało...prawda? :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale piękna historia! Bardzo miło mi się czytało:) tak to już w życiu jest, że miłość lubi przychodzić do nas kiedy się jej nie spodziewamy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasem myślę, że to bajka.... Dziękuję za miłe słowa! <3 Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam!!!<3

    OdpowiedzUsuń